Proza

   

 

Tak bardzo cię kocham mój świecie...

Tak bardzo cię kocham mój świecie, tak bardzo się cieszę: z każdego kwiatu którym kwitniesz, z każdego drzewa którym szumisz, z każdego ptaka którym śpiewasz, tak bardzo się cieszę z twojego oddechu, który czuję. Ziemio, którą oddycham, której jestem oddechem, tak bardzo się cieszę z twej czerni, z twego błękitu, z brylistości, którą można przesypywać przez palce w słońcu na plaży, z twego powietrza i z wody, z twego ognia, żaru i siły życia. Nawet nie chcę wiedzieć tego, że jestem jednym z ograniczonych, który się cieszy, nie obejmuje, ale potrafi kochać i z tego się cieszy.
Muszę się wykrzyczeć moim piórem, moim słowem, muszę się wykrzyczeć aby mieć spokój, muszę się wypłakać, aby jutro móc zidentyfikować swoje słowa jako prawdę i aby móc powiedzieć ją tym, którym powiedzieć się bałem, muszę pozbyć się ciężaru, który przygniata mój kręgosłup do krzesła i pochyla kark nad księżycem. Z dalekiej podróży muszę wrócić do siebie i umyć ręce z brudu wydobytego z siebie i nie myć, ani nie mydlić sobie oczu, abym nie widział tej złości i walki dookoła i nie myć sobie uszu,  abym nie słyszał płaczu zabijanych i niewinnych, którzy nie płaczą ze świadomości umierania, lecz z bólu który jest ich udziałem i jedynym towarzyszem do końca. Mój krzyk wraca do mnie zawsze odbity życiem po stokroć krzyczącym, a każdy wracający krzyk jest jak fala przerywająca tamę, jak kropla dopełniająca pełne naczynie - piwa, którego ktoś nawarzył przy nieoczekiwanym zrządzeniu losy, które ja muszę wypić, nie wiem po co i dlaczego? Każda chwila jest niepowtarzalna, każda chwila jest jak maleńkie ziarnko piasku w wielkiej klepsydrze czasu, wszystko jest niepowtarzalne, jedyne i na co Naturze takie bogactwo zmienności oryginalnych w każdym przebłysku czasu? Czy ktoś liczy ziarnka w klepsydrze? Czy klepsydrę się odwraca?
Chciałbym porozmawiać sobie ze Śmiercią w momencie śmierci, chciałbym się przekonać, czy można umrzeć świadomość i wolę, w co na razie nie wierzę, chciałbym się przekonać kim jestem.

Kraków, 24.11.1984 r.

 

Wieczór...

Piszę do ciebie spokojnego, piszę do was zjadacze moich nerwów i piszę z nerwów do was spokojni zjadacze, i będę pisał, zanim stanę się całkowicie pokarmem dla rybek lub innych owadów, np. biedy.
I wciąż głupi strach o to, co moje poza mną, i wciąż głupi żal, że nie jestem czterema ścianami, a tylko wdychanym sublimatem.
I jeszcze widzę z zewnątrz rozdartą treść swojego ja w środku Strachu posiadania i nietrwałości uścisku rąk.
Życie mnie kołysze i coraz trudniej zawisnąć między niebem a ziemią, wejść między ogień a wodę i coraz łatwiej mi wejść między młot a kowadło.
Jeszcze patrzę na długie, cierpliwe konanie kiełkujących ziarenek nadziei; zmywam codzienność z rąk, wdycham trochę żółtej jesieni z papierosowym dymem i przykrywam kołdrą to, co moje.

Kraków, 23.10.1985 r.

 

Przedruk z "Zeszytów kolneńskich" nr 1 (01), listopad 2006 podarowanych mi przez naszą koleżankę, kierowniczkę "Biblioteki Pedagogicznej w Łomży Filia w Kolnie",

Bożenę Kozłowską.